5.23.2014
Wytłumaczenie
Pod ostatnim postem był też anonimek (nie mówię, że hejtujący, chcę tylko coś wyjaśnić). Napisał, że wciąż odchodzę i wracam. Cóż... Jeżeli nie licząc by tej przerwy na egzaminy, odeszłam jeden raz. Poza tym teraz okres w moim życiu jest bardzo trudny. I to nie chodzi już tylko o oceny (które nawiasem mówiąc są już lepsze) mam też wiele spraw z bliskimi mi osobami. Skoro tak bardzo nie możecie tego zrozumieć, to proszę. Z chęcią podam Wam przykłady. Między innymi mam na głowie moją przyjaciółkę. Trenowała siatkówkę od 3 klasy podstawówki (teraz jest w ostatniej klasie liceum) i przez niekompetentnych ludzi i z naszego klubu, i z lekarzy już nigdy nie zagra w siatkówkę. Nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale ja muszę ją wspierać i nie mam zamiaru jej zostawiać z powodu bloga. Drugi to taki, że tata mojej sąsiadki spadł z dachu. Ona też potrzebuje wsparcia i jej też zamierzam je dać. Tym bardziej, że na naszym osiedlu praktycznie nie ma nikogo. Trzeci to także moje problemy. Jest to na przykład mój nadgarstek. Wczoraj coś z nim zrobiłam, napuchł mi i wciąż strasznie boli. Powiedzcie mi jak ja mam napisać rozdział z jedną ręką? No właśnie. Nijak. To tyle z spraw, które pewnie i tak Was nie interesują, ale chcę, żebyście wiedzieli, iż jest tego o wiele więcej.
Sprawa odejścia... Odejść nie odejdę, ale trochę się tu zmieni. Po pierwsze rozdziały będą się do wakacji pojawiały rzadko. 1 na tydzień albo dłużej. Nie mam czasu na więcej. Po drugie najpierw raczej zaaktualizuję wszystkie zakładki, bo trochę je olałam przez to, że nie miałam kompa. Gdyby nie to, dawno byłyby zrobione. W środę odzyskałam kompa, więc uzupełnię także nagrody z konkursu. BARDZO Was przepraszam, że musicie tyle czekać, ale mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.
Opowiadania nie zmieniam. Osobom, które wiedzą o nim co nieco więcej twierdzą, że jest to ciekawe, więc postanowię im zaufać. Ale oczekuję od Was szczerej opinii ;)
To tyle... Ktoś to przeczytał? Gratulację.
5.22.2014
Skoro tego chcecie...
Co do drugiego opowiadania... Szczerze mi się ono nie podoba. Nie chcę pisać czegoś, czego nie lubię. To grzech? Nie sądzę.
Okej - staram się, siedzę do drugiej w nocy tylko po to, żeby wymyślić nowe opowiadanie. Proszę o WAS o szczerą opinię na jego temat, a tu co? Dostałam taką jedną. I skąd mam wiedezieć, czy Wam się to podoba? Jest mniej komentarzy niż zwykle mimo tego, że napisałam, iż będzie rozdział dopiero, gdy pojawi się 30 komentarzy. To dużo? Dziwne pod poprzednimi postami było 40, no tak - tam wystarczyła kropka. I jak ja mam się poprawić w pisaniu? Nijak, bo nie mam pojęcia co muszę poprawić, zrobić. Myślicie, że tego nie widzę? Nie podoba się, okej. Piszecie to w komentarzach, a ja myślę co dalej z tym zrobić, żeby wszyscy byli zadowoleni. Serio nie jestem tępa czy egoistyczna jak najwyraźniej niektórzy z was myślą. Liczę się z Waszą opinią.
Rozwiązanie? 1 nie będę pisać, 2 także nie, 3 najwyraźniej się nie podoba. Moim zdaniem to jest proste - odejdę. Nie chcę się starać na marne. Proszę, niech lecą hejty. Może to przez emocje, bo mam najgorszy okres w życiu, ale trudno. Mam dość. Koniec. O tym, czy odejdę dowiedziecie się niedługo.
5.20.2014
Rozdział 1: Jak widzisz, Francesco, z Twoim mężem nie da się normalnie rozmawiać
Violetta od dwóch tygodni pracuje w rodzinnej firmie Verdasów. Małżeństwo jest z niej bardzo zadowolone. Jeszcze nigdy nie spotkali się z tak pracowitą kobietą, a są w tej branży bardzo długo. Mogą z ręką na sercu powiedzieć, że w stu procentach są z niej zadowoleni i nie mają żadnych problemów z młodą Castillo. Nieraz szatynka zostaje po godzinach, aby wszystko, co robi było idealne.
Tak też było poprzedniej nocy. Violetta dopiero o 3 nad ranem wróciła do swojego mieszkania. Od razu opadła na łóżko i zasnęła, a gdy się obudziła pozostawało jej bardzo mało czasu na zdążenie do pracy. Dodatkowo jej samochód znowu był w naprawie, więc musiała skorzystać z publicznego środku transportu. Wsiadła do autobusu i zajęła miejsce. Oparła głowę o szybę i przymknęła oczy. Tyle godzin snu to stanowczo za mało. Tym bardziej, kiedy za sobą ma już około trzech identycznych nocy.
Przymknęła oczy i po chwili zasnęła.
Kiedy się obudziła, wokół siebie ujrzała zupełnie innych pasażerów. Co jak co, ale pamięć miała idealną. Spojrzała na zegarek znajdujący się na jej lewym nadgarstku i zauważyła, że jest spóźniona ponad godzinę. Szybko wstała ze swojego miejsca i usiadła obok kierowcy.
- Przepraszam... - Zaczęła. - Mógłby się Pan zatrzymać?
- Tutaj? - Przytaknęła skinięciem głowy. - Nie mam mowy. Niedaleko jest ostatni przystanek.
- Będzie się Pan cofał?
- Nie. - Odpowiedział krótko.
Szatynka westchnęła i wyjęła z czarnej torby swój telefon. Odblokowała go i już miała wybierać numer do swojego szefa, gdy urządzenie się wyłączyło. Z początku nie wiedziała, o cop chodziło, ale gdy ponownie je włączyła, pojawił się komunikat o za słabej baterii.
- Cholera. - Przeklnęła pod nosem.
Poprzedniej nocy była zbyt zmęczona, żeby podłączyć telefon do ładowarki i przez to nie ma jak powiadomić szefa o swoim spóźnieniu. Wiedziała, że będzie miała kłopoty, gdy dotrze do firmy. O ile w ogóle dotrze...
Na kolejnym przystanku zmuszona była wysiąść z autobusu. Rozejrzała się dokładnie i od razu spostrzegła, że jest to kompletne odludzie. Nie wiedziała, co robić. Przecież nie dojdzie na pieszo do firmy, a obok nie ma nikogo, kto mógłby pożyczyć jej telefon. Po chwili opadła na ziemię. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła myśleć. Przecież musi coś zrobić.
Nagle obok zatrzymał się sportowy samochód. Szatynka od razu domyśliła się, że jego właścicielowi nie brakuje pieniędzy. Z pojazdu wyszedł wysoki szatyn w okularach przeciwsłonecznych. Na sobie miał dżinsowe rurki, i skórzaną kurtkę. Zdjął okulary i podszedł do Castillo.
- Nic Pani nie jest? - Zapytał. - Przewróciła się Pani?
- Nie. - Zaprzeczyła. - Po prostu... Ciężki dzień...
- Dlatego postanowiła Pani wyjechać na odludzie i położyć się na ziemi? - Spytał zdezorientowany.
- Nie do końca.
Podał jej rękę, którą złapała i wstała. Otrzepała się z ziemi.
- Ma Pan telefon? - Zadała pytanie z nutką nadziei w głosie.
- Tak, ale nie sądzę, żeby się Pani przydał rozładowany. - Odpowiedział. - Może gdzieś Panią podwieźć?
- Nie, na pewno ma Pan coś ważnego...
- Tylko spotkanie z ojcem, to naprawdę nic ważnego. - Zapewnił ją. - To jak?
- No dobrze.
Otworzył jej drzwi od samochodu, do którego wsiadła. Zajął miejsce obok i odpalił silnik. Szatynka powiedziała mu, gdzie ma jechać.
- Pracuje tam Pani? - Spytał.
- Tak. - Odpowiedziała. - Coś w tym dziwnego?
- Nie, tylko... - Zawiesił głos. - Nieważne.
- Na pewno pański ojciec nie będzie zły? - Upewniła się.
- Po pierwsze: mam na imię Leon. - Przedstawił się, po czym spojrzał na nią i się uśmiechnął.
- Violetta. - Odpowiedziała.
- Po drugie: będzie musiał jakoś to wytrzymać, bo mam zamiar skoczyć jeszcze na kawę i może do parku lub kina...
- Więc masz czas?
- Nie. - Zaprzeczył. - Miałem być o 9, a jest... - Spojrzał na zegarek. - Za chwilę 11.
- Nie sądzisz, że to trochę nieodpowiedzialne? - Zauważyła. - Twój ojciec mógł mieć ważniejsze sprawy, a odwołać je tylko po to, żeby się z Tobą spotkać.
- Życie. - Odpowiedział krótko. - Nie widział mnie miesiąc, więc kilka godzin jeszcze poczeka.
Postanowiła zostawić to bez komentarza.
Dalej jechali w ciszy.
Kiedy dotarli na miejsce, szatynka jak najszybciej wysiadła z samochodu. Wbiegła do biurowca i weszła do windy. Na odpowiednim piętrze wyszła.
- Panno Castillo, gdzie się Pani podziewała? - Zapytał z pretensjami jej szef. - Jest 12.
- Przepraszam, jja najpierw zaspałam, a potem zasnęłam w autobusie i...
- Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz. - Przerwał jej.
Kiwnęła głową.
- A teraz niech Pani wraca do pracy.
Bez słowa ruszyła do swojego gabinetu. Tam rozpoczęła swoją pracę.
Po kilku godzinach poczuła się spragniona. Postanowiła iść i zrobić sobie kawę. Wyszła ze swojego gabinetu i weszła do odpowiedniego pomieszczenia. Wyjęła kubek i zrobiła sobie kawę. Do środka weszła młoda kobieta. Miała na sobie turkusową sukienkę oraz dżinsową kurtkę, a na nogach baleriny. Obdarowała Castillo uśmiechem.
- Emm... To ty tu robisz kawę? - Zapytała pierwsza.
- Nnie, ja jestem tu doradcą finansowym. - Oznajmiła. - Jeśli chcesz kawę, musisz zrobić ją sobie sama.
- Okej. - Odpowiedziała i podeszła do ekspresu. - Długo tutaj pracujesz? Wcześniej Cię nie zauważyłam...
- Nie, 2 tygodnie. - Powiedziała. - A ty?
- Ja tu nie pracuję. - Odparła. - Jestem... żoną syna prezesa.
- Czyli synową?
- Można też tak to określić. - Zaśmiały się.
- Muszę wrócić do pracy. - Powiadomiła ją. - Do zobaczenia.
- Na razie.
Wróciła do gabinetu i ponownie zajęła się pracą.
Nie wiedziała, że jej szef ma syna. Owszem, ma żonę, ale nigdy nie wspominał o swoich potomkach. Mówił tylko kiedyś, że nie ma komu przepisać firmy. Jak to nie ma, skoro ma syna?, przeszło jej przez myśl. To bez sensu. Co prawda to nie jej sprawa i nie lubiła się wtrącać, ale ta myśl nie dawała jej spokoju.Nie miała pojęcia, dlaczego. Po prostu ją to interesowało. Westchnęła głośno.
Po jakimś czasie ponownie wyszła. Tym razem po to, żeby odnieść kubek. Wychodząc, zatrzymała się. Pod gabinetem jej szefa stał mężczyzna, który dzisiaj ją podwiózł. Rozmawiał z Verdasem i obejmował kobietę niedawno poznaną przez Castillo.
- Zachowujesz się jak zwykły smarkacz. - Podsłuchała słowa swojego szefa. - Daję Ci na tacy ogromną firmę, z którą będziesz mógł zrobić co tylko zechcesz, a ty masz to w głębokim poważaniu.
- Słuchaj, ja mam własne życie i nie ma w nim miejsca na Twoją przewspaniałą firmę. - Odpowiedział.
- Leon... Proszę Cię, przestań. - Odezwała się kobieta. - Nie możecie chociaż raz porozmawiać na spokojnie? Musicie od razu się kłócić.
- Jak widzisz, Francesco, z Twoim mężem nie da się normalnie rozmawiać. - Oznajmił. - Pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował jakiejkolwiek pomocy, ode mnie jej nie dostaniesz. - Dodał i zniknął w swoim gabinecie.
5.18.2014
Prolog: Ostatnia szansa
- Zrobię wszystko, żeby był Pan zadowolony. - Oświadczyła pewnym głosem. - Może być Pan pewien, że nie pożałuje Pan tego.
- Mam nadzieję. - Powiedział i odłożył papier. - Jest Pani przyjęta na stanowisko mojej doradczyni finansowej.
- Naprawdę dziękuję, nie zawiodę Pana. - Powtórzyła. - Od kiedy zaczynam?
- Niech będzie Pani jutro, o 9. - Odpowiedział. - Do widzenia.
- Do widzenia. - Pożegnała się i wyszła.
Opuściła gigantyczny biurowiec i ustała na parkingu. Uśmiechnęła się szeroko. Bardzo zależało jej na tej posadzie, ponieważ miała ogromne problemy finansowe. Wiedziała, że jeśli zaprzepaści tą szansę będzie musiała się pożegnać z mieszkaniem i samochodem, które swoją drogą i tak nie są wiele warte.
Praca w jej życiu była najważniejsza. Ze swoimi rodzicami nie ma kontaktu, a w miłość nie wierzy, więc tylko to jej zostało. Jej pracodawcy, których było niewielu, byli z niej zadowoleni. To jest jej ostatnia szansa.
5.16.2014
One Shot Leonetta: Poznaj swojego męża Część 1
Była ona wychowywana w domu dziecka. Jej ojciec był żołnierzem. Wspaniałym, oddanym i nadzwyczaj miłym żołnierzem. Do dziś kobieta pamięta jak wszystkie dzieciaki z osiedla cieszyły, gdy wracał z misji. Za każdym razem organizował wtedy przeróżne biwaki, pikniki, imprezy i tym podobne. To on zawsze był chętny, żeby pomóc w potrzebie sąsiadom, gdy trzeba było coś przenieść, zrobić.
Życie dziewczyny z zewnątrz mogło wyglądać wspaniale. Rodzice, którzy ją kochają i nigdy się nie kłócą, ojciec, którego wszystkie koleżanki i koledzy jej zazdrościli... W dodatku nigdy nie brakowało im pieniędzy czy towarzystwa.
Właśnie, wydawało. W jej prawdziwym świecie było zupełnie inaczej. W świecie, do którego dostęp miała tylko ona i członkowie jej rodziny. W tym świecie razem z matką przeżywała koszmarne dni, które spędzały na płaczu lub zmartwieniami. Czy wróci żywy? Czy nic mu nie będzie? Dlaczego wciąż wyjeżdża? - te pytania zadawały sobie obie. Matka szatynki nie raz kłóciła się z jej ojcem o to, że powinien zostawać w domu, nie wyjeżdżać. Nie raz próbowała mu uświadomić, że naraża swoje bezpieczeństwo, ale to nic nie dawało. On i tak robił swoje. Pewnego dnia po prostu nie wrócił. Jej matka popadła w depresję, a ta czuła się jak nikt. Obie przeżywały tą bardzo długo i bardzo boleśnie. Podniosły się dopiero po około dwóch latach, i to nie do końca. W ich sercach nadal dominował smutek i ból.
2 lata po śmierci swojego ojca, obchodziła 12 urodziny. Nie świętowała ich, ponieważ to za bardzo jej o nim przypominało. Co było prawdziwym ciosem? Dokładnie miesiąc po jej urodzinach, 30 dni, jej matka zginęła w wypadku samochodowym. Dziewiątka nastolatków, żadne bez prawa jazdy, każde z nich pijane, w pięcioosobowym samochodzie. To ona okazała się tą, w którą wjechali. Siedmiu z nich i Maria teraz leżą na cmentarzu. Najgorsze jest to, że sprawca wypadku nadal żyje i prowadzi normalne życie.
Jak musiała się czuć Violetta? W tak młodym wieku straciła oboje rodziców, trafiła do domu dziecka... Czar prysł. Nie była już tą wielką szczęściarą w oczach sąsiadów i znajomych. Była zwykłą sierotą, która straciła wszystko, ale nikogo to nie obchodziło. Kolejna dobra uczennica, która trafi do "bidula" i się stoczy. Jednak tak nie było. Szatynka wiedziała, że gdzieś u góry są jej rodzice i pilnują aby nic jej się nie stało. Wiedziała, że mimo wszystko nie może ich zawieść, ma dla kogo żyć, uczyć się... Tylko ta myśl pozwoliła jej osiągnąć to, co osiągnęła. Ukończyła szkołę z wyróżnieniem, kupiła własne mieszkanie, pracowała. Niestety nie mogła studiować, ale nie przejmowała się tym.
W wieku 20 lat poznała wspaniałego mężczyznę, którym był Marco Verdas. Rok później się pobrali i razem zamieszkali. Szatynka zrezygnowała z pracy i zaczęła zajmować się domem. Rozumieli się, ponieważ Marco też stracił swoich rodziców, gdy miał 13 lat. Jednak nim zaopiekował się straszy brat, mający wtedy 18. Zmienił wszystkie swoje plany dla chłopaka. Zrezygnował ze studiów, małżeństwa... Ze wszystkiego. Wspaniale go "wychował" i jest mu do tej pory wdzięczny. Szatyn zawsze jest mile widzianym gościem w domu Violetty i Marco.
Jednak nigdy nie jest idealnie. Dlaczego? Oboje byli żołnierzami. Tak jak jej ojciec wyjeżdżali na misję. Ta miała być ostatnia. Mężczyzna obiecał jej, że gdy wróci, już nie wyjedzie. Zaczną spokojne życie, będą mieli dzieci i po prostu będą szczęśliwi.
Szatynka w dniu, w którym mieli wrócić, była przeszczęśliwa. Jak zawsze przygotowywała kolację dla braci Verdas. Chciała, żeby wszystko było idealne, najlepsze. Przygotowała ich ulubioną potrawę, nakryła do stołu, ubrała nową, piękną sukienkę, posprzątała... Zadbała o wszystko. Pozostało tylko na nich zaczekać.
Właśnie zanosiła główne danie na stół, gdy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Od razu pomyślała, że to Leon i Marco. Nie odstawiając posiłku, pobiegła do drzwi. Ku jej zdziwieniu ujrzała tylko starszego brata.
- Hej. - Odezwała się z uśmiechem. - Gdzie jest Marco? - W odpowiedzi spuścił głowę. - Nie! - Upuściła posiłek.
- Violu...
- Jak mogłeś?! - Krzyczała, cała już we łzach. - Miałeś się nim opiekować!
- To wojna, a nie przedszkole! - Odkrzyknął, myśląc, że tylko krzykiem dotrze do szatynki.
- Co z tego?! To Twój brat! Miałeś gdzieś czy przeżyje, czy nie?!
- Nie! Myślisz, że jestem z siebie dumny! Wiem, że to moja wina, wiem! Ale co mam zrobić?! Nie cofnę czasu i nie uratuję go!
Uklęknęła i zaczęła coraz bardziej płakać. Podszedł i uklęknął obok.
- Miałeś go gdzieś. - Wyszeptała powstrzymując łzy. - Nie obchodziło Cię czy przeżyje.
- Ja miałem go gdzieś?! - Nie dowierzał. - Porzuciłem dla niego wszystko! Gdybym miał go gdzieś oddałbym go do domu dziecka, a sam poszedł na porządne studia! Teraz miałbym rodzinę! Ale tego nie zrobiłem! Utrzymywałem go! Byłem jego drugim ojcem w wieku 18 lat! I nie robiłem tego po to, żebyś teraz zarzucała mi, że miałem go gdzieś!
Nie odpowiedziała.
Wstała i podeszła do stołu.Pociągnęła za obrus, sprawiając, że wszystko z niego zleciało. Następnie otworzyła półkę i zaczęła wyjmować z niej książki, które rzucała na ziemię. Po chwili wszystko leżało na podłodze, a większość wyposażenia domowego nadawało się do śmieci. Verdas podszedł ją od tyłu i przytrzymał. Był silniejszy przez co udało się ją uspokoić. Nadal płakała. Wycofał się i usiadł na kanapie tak, że ta wylądowała na jego kolanach. Po chwili wtuliła się w jego tors.
- Dlaczego on? - Zapytała cicho, łamiącym się głosem. - Co on zrobił?
- Nie wiem... - Odpowiedział również zachowując ciszę.
* 6 miesięcy później *
Verdas jak zwykle był u szatynki. Od śmierci swojego brata, codziennie tam przychodzi i jej pilnuje. Nie chce, żeby coś sobie zrobiła, a jest bardzo blisko. Mimo tego, że od śmierci Marco minęło pół roku, ona nadal całe dnie przepłakuje. Straciła kolejną osobę, na której jej zależało. Nie miała już dla kogo żyć.
Szatyn starał się być przy kobiecie. Wiedział, co ona czuje. Przecież on także stracił obojga rodziców i brata. On także nie miał już nikogo, ale mimo to nie mógł pozwolić na to, żeby Voletcie coś się stało. Postanowił jakoś zadziałać. Przecież nie może spędzać tak dni, tygodni, miesięcy, lat... A póki co nie widzi dla niej innej przyszłości.
Wpadł na pewien pomysł. Miał nadzieję, że to pomoże jej się pozbierać. Oboje wiedzieli, że Marco nie lubił o sobie mówć. Szatynka mimo tego,że była jego żoną, nie wiedziała wiele o jego przeszłości. Skoro nie dowie się od niego, może powinna od Leona?
Westchnął głośno. Właśnie stał i obserwował kobietę przez okno. Od kilku godzin siedzi na ławce w ogrodzie i obserwuje jakiś punkt. W pewnej chwili odszedł od okna. Wyszedł do ogrodu i usiadł obok szatynki. Ta nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Nadal wgapiała się przed siebie.
- Spakuj najważniejsze rzeczy. - Rozkazał po dłuższej chwili. - Masz około godziny.
- Niczego nie pakuję. - Odpowiedziała. - Po co?
- Zrobisz to sama czy mam to zrobić za Ciebie?
- Rób co chcesz.
Westchnął cicho i wstał z ławki. Spojrzał na nią, po czym wrócił do domu. Wszedł do jej sypialni i zaczął pakować byle jakie rzeczy. Nie zajęło mu to wiele czasu. Po wszystkim, wyszedł z walizką i spakował ją do samochodu. Następnie ruszył z powrotem do ogrodu. Szatynka nadal się nie ruszyła.
- Jedziemy. - Ozajmił.
- Nigdzie nie jadę.
- Nie pytam Cię o zdanie. - Zauważył. - Sama pójdziesz do samochodu czy mam Cię zanieść?
Violetta nie chciała się teraz wykłócać, nie miała na to siły. Im szybciej to zrobię, tym szybciej da mi spokój, pomyślała.
Wstała z ławki i spojrzała na niego. Napuchnięte od płaczu ovzy i wory pod nimi nie były już nowością. Westchnęła i ruszyła do samochodu. Po chwili on także. Wsiedli i ruszyli. Całą drogę nie odzywali się do siebie.
Po około dwóch godzinach, samochód się zatrzymał. Kobieta przez okno ujrzała tylko dość spory dom na wsi. Zdziwiło ją to. Z początku myślała, że to tylko jakaś usterka i zarazruszą dalej, lecz gdy Verdas wysiadł, postanowiła zrobić to samo. Rozejrzała się dokładne i podeszła do szatyna.
- Gdzie my jesteśmy? - Zapytała.
- W Twoim tymczasowym domu.
- Co?
Nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ usłyszeli szczekanie. Zaraz po tym ujrzeli biegnącego w ich stronę owczarka niemieckiego. Kobiet od razu schowała się za mężczyzną. W tym czasie zwierzę zdążyło do nich dobiec.
- Violetto, poznaj Zeusa. - Odezwał się szatyn, głaszcząc psa.
- Cco to za pies? - Zapytała.
- Mój.
- Ty tu mieszkasz? - Zdziwiła się. W końcu nie raz była w domu Leona.
- Tak jakby.
- Co to znaczy?
- Mieszkaliśmy tu z Marco w dzieciństwie. - Na dźwięk jego imienia spuściła głowę. - Staram się tu przyjeżdżać jak najczęściej. - Wyjaśnił. - Chodźmy.
Weszli do środka. Szatynka po raz kolejny dokładnie się rozejrzała. Skromny dom z mnóstwem zdjęć i pamiątek. Na ścianach wisiały przeróżne zdjęcia oraz dyplomy. Podeszła bliżej nich i przejechała palcami po zdjęciu jej zmarłego męża. Kolejna łza spłynęła po jej policzku.
- Chodź. - Odezwał się Verdas. - Pokażę Ci Twój pokój.
Wziął jej walizkę i ruszyli po schodach na gore. Zaprowadził ja do dość dużego pomieszczenia z dwuosobowym łóżkiem.
- To był pokój gościnny. - Oznajmił.
Kobieta weszła głębiej i dokładnie się rozejrzała.
- Łazienka jest zaraz obok. - Oświadczył. - Zostawię Cię. Jakbyś czegoś potrzebowała...
- Zwrócę się do Ciebie. - Przerwała mu.
Wymusił na twarzy lekki uśmiech i wyszedł.
5.10.2014
Przepraszam za wszystko...
Egh... Najlepiej będzie jak powiem prosto z mostu - zawieszam bloga. Dlaczego? Powodów jest kilka. Między innymi jest to szkoła. Niby jest po testach itd. ale i tak chcę utrzymać w miarę dobre oceny do wakacji. W tym roku naprawdę strasznie się opuściłam w nauce i nie ukrywam, że to w pewnym stopniu wina bloga. Nie raz zdarzało się, że zamiast uczyć się, pisałam dla Was rozdział. Teraz tego żałuję. Kiedyś byłam jedna z najlepszych uczennic, a teraz zeszłam na przeciętną... Chcę dostać się do dobrej szkoły i póki co muszę zawiesić bloga. Wrócę tu. Jestem tego pewna i mam nadzieje, że chociaż jakaś cząstka Was będzie na mnie czekać. Do wakacji na pewno wrócę. Może wrócę za tydzień, może za miesiąc, a może dopiero w lipcu, ale wrócę i tego się trzymajmy. Mam nadzieję, że tu zostaniecie i nie macie mi tego za złe.
Do odwieszenia :***
5.08.2014
Rozdzial 9: Zależy mi na Twoim zdaniu
- Nie wiem... - Odparł. - Będę dzwonić.
- Okej.
Położył rękę na klamce od drzwi już chciał je otworzyć, gdy o czymś mu się przypomniało. Cofnął się do szatynki i musnął jej usta swoimi w geście pożegnalnym. Uśmiechnął się, a następnie wyszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał w stronę posiadłości Castillo. Tego dnia po raz pierwszy miał się z nią zobaczyć, po tym jak zamknęła się w swojej sypialni. Dostał od jej matki 2 tygodnie wolnego. Nie miał pojęcia, skąd ta decyzja, ale w nią nie wnikał. Nie oznacza to jednak, że po prostu to olał. Wciąż ma w głowie widok szatynki w takim stanie, jakim była. Nie potrafił wymazać sobie tego z pamięci. Pragnął ją teraz zobaczyć taką, jak zawsze. Nawet w tych wyzywających ciuchach, byleby nie tak, jak tamtego dnia.
Podjechał pod jej dom i wysiadł z auta. Powoli podszedł do drzwi wejściowych i wszedł do środka. Rozejrzał się dokładnie w poszukiwaniu kobiety. Wszedł do kuchni i ujrzał ją, siedzącą na tarasie. Skierował się tam i usiadł obok. Dokładnie się jej przyjrzał. Jej makijaż składał się z samego błyszczyka na ustach, a włosy miała upięte w wysokiego koka. Odziana była w luźną, szarą bluzę i czarne legginsy. Na nogach zaś miała zwykłe, białe tenisowi. Verdasa zdziwił jej wygląd.
- Hej. - Odezwał się jako pierwszy. Spojrzała na niego.
- Hej. - Odpowiedziała, po czym lekko się uśmiechnęła. - Co u Ciebie?
- Nic nowego. - Odparł. - A u Ciebie? Wyglądasz...
- Inaczej? - Zapytała, zanim zdążył dokończyć. - Lepiej czy gorzej?
- Dlaczego o to pytasz? - Zapytał zdezorientowany.
- Zależy mi na Twoim zdaniu. - Wyjaśniła z lekka speszona. - To coś złego?
- Nnie, tylko... - Zawiesił na chwile głos. - Od kiedy?
- Od zawsze. - Oznajmiła. - To że tego nie okazywałam, nie oznaczało, że tak nie było...
Zapanowała cisza. Co chwili na siebie spoglądali. Oboje nie wiedzieli, co powiedzieć. Verdasa dziwił wygląd i zachowanie kobiety. Czul się teraz w jej towarzystwie, jak kiedyś. Wtedy, kiedy chodzili razem do szkoły, był w niej zakochany... Wszystkie te wspomnienia wróciły. Te złe i te wspaniale. Ich sprzeczki i świetnie spędzony czas.
Skierowała się do parku i usiadła na ławce. Westchnęła głośno i przymknęła oczy. Po chwili wyjęła także okulary przeciwsłoneczne i je założyła. Siedziała w tej pozycji dość długi czas. Nie miała nic lepszego do roboty.
Po ponad godzinie, wstała z ławki. Już chciała wrócić do domu, gdy zobaczyła Marco. Niestety nie spodziewała się tego po nim.
- Nie... - Zaprzeczyła. - Zerwałam z Diego, pokłóciłam się z dziewczynami... Nie mogę powiedzieć, że nic się nie zmieniło.
- Wiec?
- Ttto przez Angie... Uświadomiła mi, co robię źle i powinnam zmienić. - Wyjaśniła krotko.
- I co teraz?
- Teraz będę chciała tego dokonać. - Uśmiechnął się.
- Ciesze się.
- Ja tez. - Odpowiedziała. - Zrobisz coś dla mnie?
- Co?
- Pójdziesz ze mną na spacer?
- Jasne.
- Wiec zaczekaj.
Wstała i weszła do domu. Szatyn odwrócił głowę w tamta stronę, ale ujrzał tylko jak wchodzi po schodach. Spodobała mu się taka Vilu. Spokojna, mila i sympatyczna. Dawno nie miał doczynienia z taką wersją Castillo. Mial nadzieje, ze to nie jest po prostu jakaś jej durna zabawa.
Po kilkunastu minutach, zeszła. Miala na sobie błękitna sukienkę wiązaną w pasie i białe baleriny. Jej włosy tym razem były rozpuszczone, a makijaż nadal delikatny choć pomalowała jeszcze rzęsy i powieki.
Zeszła po schodach i uśmiechnęła się do Leona, który stał już pod nimi. Bacznie się jej przyglądał.
- Idziemy? - Zapytała, przerywając ciszę.
- Ttttak... - Zająknął się. - Chodźmy...
Wyszli z domu i skierowali się do paku. Spacerowali wolnym krokiem w ciszy. Przyjemniej ciszy. Oboje po prostu cieszyli się swoim towarzystwem. Mogli poczuć się jak kiedyś. Po jakimś czasie szatyn postawił kobiecie lody. Wciąż żartowali, śmiali się.
- Nienawidziła mnie. - Zaśmiała się szatynka.
- Może nie nienawidziła, tylko... - Podniosła pytająco brew. - Dobra, nienawidziła.
- Ha!
- Ale dziwisz się jej?
- Yyy... Tak! - Oznajmiła.
- Zerwałem z nią, bo ty mi kazałaś.
- Nie kazałam, tylko doradzałam! - Zauważyła. - Zawsze trzeba było Ci doradzać, bo nie umiałeś stwierdzić, czy ktoś Ci się podoba!
- Phi... - Zaśmiała się. - Uwielbiam Cię taką, wiesz?
- Jaką?
- Miłą, zabawną... - Zarumieniła się. - Gdy się rumienisz też.
Usiedli na ławce. Spojrzeli na siebie i kontynuowali swoją rozmowę, gdy zawiał wiatr. Leon wyciągnął swoją rękę w stronę szatynki i odplątał z jej włosów liścia, a następnie go wyrzucił.
- Dziękuję. - Powiedziała.
- Nie ma za co, tylko zdjąłem Ci liścia. - Zauważył.
- Nie o to mi chodzi. - Oznajmiła. - Dziękuję, że po tym wszystkim co Ci zrobiłam, pomogłeś mi.
- Po to ma się przyjaciół.
Uśmiechnęła się, po czym go przytuliła. W pewnej chwili podniosła głowę i zbliżyła się do ust Verdasa. Zrobił to samo. Zamknęła oczy i niepewnie go pocałowała.